Wyprawa

17 POŁUDNIK – Dolnośląski Festiwal Podróżników

Posted in Film, Wyprawa on październik 7th, 2013 by admin – Komentarze są wyłączone

Między 18 a 20 października odbędzie się Dolnośląski Festiwal Podróżników – 17 Południk. Festiwal odbywa się na Dolnym Śląsku w miejscowości Pasterka w Schronisku PTTK Pasterka w Górach Stołowych

Wśród wielu ciekawych prezentacji, gawęd, slajdowisk i projekcji, także projekt Transandino. W piątek (18 października) późnym wieczorem zaprezentujemy nasz film i opowiemy o naszej podróży, o Erneście Malinowskim i o Kolei.

Więcej informacji na stronie imprezy. Program tutaj.

Stacja Emigracja, Gdynia

Posted in Film, Wyprawa on styczeń 8th, 2013 by admin – Komentarze są wyłączone

Zapraszamy na spotkanie z projektem Transandino w Gdyni! Wydarzenie, na które składać się będą: opowieść o Erneście Malinowskim i kolei Transandyjskiej oraz projekcja i rozmowa z twórcami filmu Transandino, odbędzie się 31 stycznia 2013 o godz. 18.00 w Cafe Cyganeria (ul. 3 Maja 27, Gdynia).

Wydarzenie odbędzie się w ramach cyklu “Stacja Emigracja”, organizowanego przez gdyńskie Muzeum Emigracji.

Muzeum Emigracji to muzeum w budowie. Mimo, że nie dysponuje jeszcze przestrzenią wystawienniczą – rozpoczęło już działalność kulturalną.
Muzeum powstaje w budynku historycznego Dworca Morskiego przy ulicy Polskiej 1. Otwarcie gmachu planowane jest na przełom 2014 i  2015 roku. Będzie to pierwsza w kraju placówka dedykowana historii polskiej emigracji.

O Peru w Klubie Backpackera

Posted in Wyprawa on grudzień 13th, 2011 by Joanna – Komentarze są wyłączone

Zapraszam do obejrzenia dwóch odcinków poświęconych Peru, w Klubie Backpackera,emitowanych w telewizji Edusat. Jak piszą autorzy programu: to jedyny w swoim rodzaju magazyn podróżniczy, w którym o swoich wyprawach do niezwykłych miejsc opowiadają zwykli ludzie, którzy za nieduże pieniądze przemierzają świat. W poprzednich odcinkach poznaliśmy już Brazylię, Boliwię, Kolumbię i Ekwador, a w najnowszym wybierzemy się do Peru.

Odcinki dostępne tutaj: odcinek 1 oraz odcinek 2

Pokaz w Rzeszowie

Posted in Film, Patronaty, Wyprawa on październik 15th, 2011 by admin – Komentarze są wyłączone

21 października (piatek) o godz. 20 w Remont Pub w Rzeszowie zapraszamy na pokaz filmu Transandino i prezentację zdjęć z podróży po Peru.

Remont Pub, ul. Mochnackiego 23, Rzeszów

29. Taco z dużą ilością składników

Posted in Wyprawa on wrzesień 16th, 2011 by Kasper – Komentarze są wyłączone

Niedługo minie rok od mojego powrotu z Meksyku. W międzyczasie udało mi się opublikować na tym blogu relacje z pozostałych z odwiedzonych przeze mnie państw i miast – nie opisałem tylko Mexico City. Ale nigdy nie jest na to za późno. Obraz tego miasta wciąż jest we mnie żywy, postanowiłem więc nadrobić zaległość. W ten sposób, choć z opóźnieniem, blog zostaje „dokończony”. Niniejszy tekst kończy cykl reportaży dla których m.in. powstał. Mam nadzieję, że zajrzy tutaj jeszcze niejeden czytelnik. Być może nasze relacje posłużą komuś jako wskazówka w jego własnej podróży? Oczywiście to nie jest nasz ostatni wpis. Strona wciąż będzie pełnić rolę źródła informacji o tym, co się dzieje z naszym projektem – dowiecie się kiedy i gdzie prezentujemy naszą podróż, poznacie daty i miejsca pokazów naszego filmu. Bądźcie z nami!
Kasper

Oficjalnie „Ciudad de México” lub „Distrito Federal”, przez samych Meksykańczyków nazywane jest najczęściej „D.F.” („de efe”), a jego mieszkańcy – „Defeños”.

Meksyk jest jednym z największych miast świata. Mieszka tu 9 mln ludzi. Pod względem wielkości aglomeracja plasuje się w pierwszej piątce na świecie, a zamieszkany przez 21 mln osób obszar metropolitalny wielkością ustępuje właściwie tylko Tokio i Seulowi. Wydaje się, że takiego molocha trudno zorganizować. Ale tak jak wiele innych olbrzymich miast świata, również Meksyk pod tym względem mnie zaskoczył. Wjazd do centrum trwał co prawda godzinę czy dwie, ale to chyba i tak krótko… No i ograniczył się do właściwie jednej tylko ulicy. Choć była pełna pojazdów, ruch na niej był raczej płynny. Strach pomyśleć, co by było, gdyby z każdej strony miała mniej o na przykład cztery pasy… Albo pięć… Ile pasów miała ogółem, spytacie? Cóż. Nie zliczyłem…

Wielkość Mexico City widoczna jest na każdym kroku. Patrząc na mapę, trudno uwierzyć w jej skalę. Już plan samego tylko „historycznego centrum” zdumiewa wielością ulic i wielkością placów. Ilość i długość linii metra również daje do myślenia.

Za jakiegoś powodu, w wielu miejscach szerokie ulice, nad którymi górują piękne, wysokie kamienice, przypomniały mi Londyn. Ilość i jakość muzeów, przybytków kulturalnych i różnych sklepów również. Meksyk to jednak miasto wielkich kontrastów. Kilka przecznic od wspaniale odrestaurowanych zabytków trafia się na zaśmiecone ulice, zatłoczone targowiska pełne różności, alejki tanich knajpek o niezbyt dobrych warunkach sanitarnych. A kawałek dalej znajduje się dzielnica biznesowa, nad którą górują szklane wieżowce i która pełna jest zabieganych mężczyzn w skrojonych na miarę garniturach.

Trzy dni, które dane mi było spędzić w stolicy Meksyku, przeznaczyłem m.in. na przejście spacerem centrum miasta. Ale jakie ono jest ogromne! Jako punkt orientacyjny obrałem zócalo, czyli główny plac miasta, a kluczem „strategii zwiedzania” uczyniłem kierunki geograficzne. Pierwszego dnia zwiedziłem uliczki leżące po północnej stronie placu. Nie wszystkie jednak – drugiego dnia musiałem więc tamten spacer dokończyć i dopiero wtedy przyszła pora na atrakcje zachodniej części centrum. Trzeciego, ostatniego, dnia musiałem się spieszyć, żeby zdążyć obskoczyć ulice położone na południe i na wschód od zócalo. Oczywiście nie zdążyłem zobaczyć większości rzeczy, które chciałem. A mówimy tylko o ścisłym centrum!

Ilość zabytkowych kościołów, muzeów, ciekawych targowisk, restauracji, sprawia, że w moich oczach Meksyk to jedna z najważniejszych i najciekawszych metropolii naszej planety. Powodów jest wiele, ale przyznam, że miłość do meksykańskiej kuchni to na pewno jeden z najważniejszych.

Wielka jest rozpiętość atrakcji kulturalnych oferowanych przez to miejsce. Kultura jest tu na każdym kroku! Meksykańska ulica to przeplataniec kultury i popkultury, kultury elitarnej i masowej, kolonialnej i azteckiej, oficjalnej i podziemnej. Zwiedzamy azteckie ruiny, by po chwili znaleźć się na placu, na który cień rzucają olbrzymie kolonialne kamienice i kościoły. Wychodząc ze wspaniałego muzeum sztuki współczesnej wracamy na ulicę pełną kiosków i stoisk obłożonych komiksami pulp fiction, pełnymi treści balansujących na granicy dobrego i złego smaku. Są wśród nich westerny, romanse, horrory, komiksy komediowe i pornograficzne, opowieści o policjantach i o zapaśnikach. Co najciekawsze nie są to tylko najnowsze numery – niektóre książeczki liczą sobie kilka dekad, a wciąż leżą tu ich całe stosy i są kupowane. A za rogiem, jakby dla kontrastu, sklepy z dewocjonaliami pękają w szwach od krucyfiksów, figurek Matki Boskiej, świętych obrazków. W dzielnicy biznesowej na otoczoną szklanymi wieżowcami, pełną samochodów szeroką ulicę spoglądają dumnie olbrzymie pomniki azteckich królów. Zaraz za wielkim i wspaniałym budynkiem pałacu sztuk pięknych (Palacio de Bellas Artes) widzimy mury zamalowane graffiti. Miasto jest go pełne. Niektóre malunki są wulgarne i prymitywne, ale ogromna ich część zdumiewa jakością i wyobraźnią twórców. Prace te, pełne dziwacznych stworzeń, zaskakujące pomysłami graficznymi i błyskotliwym zastosowaniem kolorów, stanowią w istocie wspaniałą kontynuację długiej i pięknej tradycji meksykańskiego muralismo (Diego Rivera, José Orozco).

Już samo serce miasta, zócalo, stanowi intrygujacy miks, świadectwo bogatej i dramatycznej historii tej części świata. Oficjalnie zwany Plaza de la Constitución, wielkością ustępuje tylko moskiewskiemu Placowi Czerwonemu i Tiananmen w Pekinie. Góruje nad nim olbrzymia Katedra Metropolitalna – największa i najstarsza w Nowym Świecie. Zaraz obok znajdują się ruiny Azteckiej świątyni, zwanej dziś Templo Mayor. W czasach prekolumbijskich budynek ten stał w samym środku Tenochtitlán – stolicy państwa Azteków. Miasto to zostało założone w 1325 roku i szybko stało się największym na kontynencie. W momencie przybycia Hiszpanów do Mezoameryki mieszkało tu 200 tys. ludzi. Gdy w 1521 roku Hernán Cortés kazał zrównać z ziemią podbite miasto, na jego zgliszczach zbudowano Meksyk. Kamienie pozostałe po zniszczeniu Templo Mayor zostały użyte do budowy katolickiej katedry – pierwszy kamień położył podobno osobiście sam Cortés. To, że dziś możemy podziwiać fragmenty dawnej Azteckiej świątyni, jest wynikiem XX-wiecznych prac archeologicznych. Żeby odsłonić resztki tej budowli, trzeba było zniszczyć 13 budynków stojących na jej miejscu. Uczyniono to pod koniec lat 70. Aztekowie raz na jakiś czas przebudowywali swoje świątynie – jedną piramidę zabudowywali kolejną, większą. I mimo że konkwistadorzy zniszczyli Templo Mayor, ostały się jej podwaliny – dziś oglądać możemy fragmenty ścian tych dawnych „warstw”. W znajdującym się obok świetnym muzeum obejrzeć można tysiące obiektów znalezionych podczas wykopalisk.

W mieście Meksyk kolejny raz skorzystałem z dobrodziejstw couchsurfingu. W trakcie pobytu w D.F. mieszkałem bowiem u poznanej przez internet Yunuen. Dziewczyna aktualnie mieszka z rodzicami, ale ma też własne mieszkanie. Jeszcze nie do końca umeblowane i wyposażone, gotowe jest już jednak do użytku i Yunuen pozwala w nim mieszkać osobom z couchsurfingu. Tak więc na pełne trzy dni dostałem klucze do własnego lokum z dwoma pokojami, wygodnym łóżkiem, dwoma łazienkami, kuchnią i telewizorem z DVD. Położone w spokojnej i przyjaznej dzielnicy, stosunkowo niedaleko metra, okazało się dla mnie miejscem idealnym do odpoczynku i jako baza wypadowa do centrum. Przy butelce tequili Yunuen udzieliła mi wielu pomocnych rad – jak poruszać się po mieście i co zobaczyć. Przyniosła mi też tortille, kwiaty dyni i czarny sos mole. Ten ostatni odgrzaliśmy z kurczakiem (ależ wyborne jest to danie!). Następnego dnia wielką przyjemnością było wstać rano, we „własnym”, pustym mieszkaniu i zrobić sobie na śniadanie quesadillas z kwiatami dyni. Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy warto mieć konto na couchsurfingu? Jak by tego było mało, Yunuen pożyczyła mi mały aparat fotograficzny. Przez ostatnie trzy dni mojej wyprawy nie byłem już więc skazany na kamerę telefonu komórkowego!

Jednego wieczora moja gospodyni zabrała mnie na mecz lucha libre. Znane mi z filmów z lat 50. i 60. zjawisko jest jedną z prawdziwych perełek meksykańskiej (pop)kultury. Nie mogłem sobie odmówić takiej gratki. Spektakl składa się z kilku walk, z których ostania jest clue wieczoru. Podczas każdej na ring wychodzi dwójka zapaśników lub dwie drużyny. Jedna ze stron jest „tą dobrą”, a druga – „złą”. Pozytwyni zawodnicy zwani są técnicos, a ich wrogowie – rudos. Widownia podzielona jest na kibiców jednych i drugich, przekrzykujących się przez cały czas wyzwiskami. I mimo że zwyciężyć muszą ci „dobrzy”, miłośnicy ich przeciwników nie ustają w dopingu i mają z tego ogromną frajdę. Niektórzy z zapaśników noszą kolorowe maski, których zdjęcie było by dla nich hańbą i porażką. Inni (z reguły rudos) mają włosy długie do pasa.

Największą, finalną atrakcją tego wieczoru była walka dwóch zespołów złożonych z trzech zawodników. Felino, Rey Bucanero i Negro Casas walczyli jako rudos przeciwko zamaskowanej trójce: Máscara Dorada, La Máscara i Místico. Ten ostatni jest największą gwiazdą meksykańskiego wrestlingu ostatnich lat, tak więc mimo że nie był to ważny mecz, to mogę się pochwalić że widziałem wielkiego luchadora w akcji.

Na początku zapaśnicy wkroczyli na ring wśród fanfar i w deszczu konfetii. Najpierw técnicos – w blasku reflektorów i na tle pompatycznej muzyki. Później oświetlenie stało się mroczniejsze, z głośników zabrzmiał złowieszczy metal i na arenę wkroczyli rudos – krzycząc, skacząc, śmiejąc się. Drużynie towarzyszyła cycata dziewczyna (partnerka jednego z wojowników) i przaśny karzeł w śmiesznej pelerynce. Jeden z wojowników wskoczył na podporę w narożniku ringu, ustawił się twarzą do kibiców técnicos i zaczął wywijać długimi, czarnymi kędziorami i krzyczeć wyzwiska w ich kierunku, liżąc przy tym swoje pachy. W czasie walki ubrani na czarno rudos posuwają się do kantów i gry niefair. Zdarza im się uderzyć arbitra, kopnąć przeciwnika w krocze, dusić za szyję. Karzeł, trochę pełniący rolę maskotki, a trochę jakby menadżera złoczyńców, czasami wskakiwał na deski i uderzał nieświadomych wrogów w plecy. „Dziewczyna”, cały czas stojąca poza ringiem i dopingująca swojego pupila (raz na jakiś czas schodzacego na dół, by ją chwilę poobściskiwać) w którymś momencie wyjęła skądś wielką patelnię, wskoczyła na liny i zdzieliła nią jednego z técnicos. „Dobrzy” wojownicy nie są do końca tacy dobrzy i szlachetni – wkurzeni sytuacją, zamienili się w damskich bokserów i spuścili złej pannie porządne manto. Doigrał się także karzeł. Dostał kilka potężnych kopnięć w brzuch, po czym jeden z zapaśników uniósł go niczym sztangę i posłał w powietrze, przerzucając przez liny ringu tak, że biedaczysko spadł na głowy siedzącej w pierwszych rzędach publiczności… Ja siedziałem w tańszym sektorze, daleko od ringu, za kratą. Ale jak widać te droższe miejsca rzeczywiście zapewniają widzom więcej wrażeń!

Niektóre pojedyncze rundy, a nawet całe pojedynki, wygrywane były przez tych „złych”, ale bilans końcowy walki finałowej mógł być tylko jeden: drużyna Místico pokonała przeciwników i wśród wiwatów i gwizdów zeszła, a raczej spełzła z ringu – zwycięstwo nie przyszło bowiem łatwo i wojownicy schodzili z areny poobijani, kuśtykając (wspaniale nieudolna jest ich gra aktorska).

Przed stadionem rozstawione były stoiska z koszulkami z zapaśnikami i całą gamą masek. Do kupienia są też figurki i breloczki z idolami meksykańczyków.

Szkoda, że większość turystów przywozi z Meksyku wielkie sombrero i butelkę tequili. Meksykańska kultura oferuje o wiele więcej. Dlaczego jako pamiątki z podróży nie kupić maski luchadora?

Wystawa zdjęć w Muza Art Cafe

Posted in Film, Wyprawa on czerwiec 11th, 2011 by admin – Komentarze są wyłączone

Serdecznie zapraszamy na wystawę fotografii powstałych podczas realizacji filmu “Transandino” i wyprawy szlakiem peruwiańskiej Kolei Transandyjskiej. Autorką zdjęć jest Joanna M. Chrzanowska. Wystawę będzie można zobaczyć w dniach 15-30 lipca w Muza Art Cafe, kawiarnio-galerii mieszczącej się w foyer Kina Muza (Św. Marcin 30, Poznań).

16 czerwca, a więc w dniu premiery naszego filmu, o godzinie 19.30, odbędzie się wernisaż wystawy.

28. San Cristóbal de Las Casas

Posted in Wyprawa on czerwiec 3rd, 2011 by Kasper – Komentarze są wyłączone

Chiapas jest najuboższym z meksykańskich stanów. Górzysty i porośnięty gęstymi lasami, kojarzy się głównie z plantacjami kawy, zabytkami starożytnych Majów oraz z Zapatystami, którzy działają właśnie tutaj. Działalność zbrojnej grupy rewolucjonistów nakierowana jest w głównej mierze na prawa ludności indiańskiej. W styczniu 1994 roku opanowali 5 municipiów Chiapas i wypowiedzieli wojnę rządowi Meksyku. Grupa okupowała kilka miast, w tym San Cristóbal de Las Casas. Dziś w miejscowych sklepach z pamiątkami kupić można pocztówki, koszulki i znaczki z Subcomandante Marcosem i jego kompanami. Z racji zainteresowania turystów lokalne kina raz na jakiś czas wyświetlają poświecone zapatystom filmy dokumentalne z angielskimi napisami.

San Cristóbal de Las Casas jest perłą kolonialnej architektury. Stanowi kulturalną stolicę regionu. Jest zadbane i żywe. Na ulicach spaceruje mnóstwo ludzi, szczególnie młodych (nie tylko turystów). Słupy pooklejane są plakatami imprez kulturalnych, w wielu miejscach leżą prospekty z atrakcjami miasta i ulotki z programami kin.

Wkraczając do Meksyku po pobycie w kilku krajach Ameryki Środkowej i Południowej, od razu poczułem że jest to kraj większy i bogatszy. Oczywiście San Cristóbal musi być wyjątkiem na tle całego stanu Chiapas, który jest biedny. Ale spacerując po ulicach nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że osoby nawykłe do europejskich standardów czuły by się tu bardziej swojsko niż np. w Peru czy Nikaragui. Ponadto miasto jest jednocześnie bardzo meksykańskie (szczególnie centrum) i majańskie (obrzeża centrum i przedmieścia).

Nazwa założonego w 1528 roku miasta zmieniana była wielokrotnie. W połowie dziewiętnastego wieku nazwę „San Cristóbal” rozszerzono o człon „de Las Casas” – na cześć dominikanina Bartolomé de Las Casas. Szesnastowieczny biskup Chiapas zasłynął z tego, że jako jeden z pierwszych hiszpanów bronił praw indian. Pierwotnie całe Chiapas należało do Gwatemali (tzn. najpierw hiszpańskiej kolonii o tej nazwie, potem niezawisłego państwa). W 1824 roku, a więc kilka lat po uzyskaniu niepodległości, region stał się częścią Meksyku.

Przybyłem tutaj w nocy. Z busa, razem z francuzem Benoît, wysiedliśmy na zócalo (tak meksykanie nazywają główne place miast). Mimo późnej godziny na ulicach było pełno ludzi i świateł. Na zarośniętym drzewami zócalo ludzie tańczyli do muzyki granej przez grupę mariachis. Z Benoît całą drogę od gwatemalskiej granicy do San Cristóbal rozmawialiśmy o stereotypach narodowych. Przedstawiłem francuzów jako uważanych za zadufanych, zapatrzonych w siebie itd. W San Cristóbal Benoît zaprosił mnie więc do eksluzywnej restauracji i postawił mi wspaniałą kolację. Tym sposobem uratował nie tylko honor francuzów, ale także mój wątły budżet…

W Cristóbal mnóstwo jest tanich hosteli. Ja trafiłem do naprawdę sympatycznego miejsca, pełnego młodych ludzi o długich włosach, ubranych niczym hipisi. Siedzieli w korytarzu na wielkich miękkich poduszkach i palili trawę. Ściany hostelu w całości zamalowane były psychodelicznymi wzorami. We wspólnej kuchni panowała atmosfera jak w wielkim mieszkaniu studenckim. San Cristóbal przyciąga wielu młodych ludzi, którzy często przyjeżdżają tu na całe wakacje, np. by uczyć się hiszpańskiego.

Cały następny dzień spędziłem na aktywnym zwiedzaniu i muszę przyznać że miasto pod wieloma względami mnie oczarowało. Rankiem wspiałem się na wzgórze Cerro de San Cristóbal, gdzie znajduje się mała, urocza kapliczka i skąd rozciąga się panorama miasta. Niespiesznym krokiem zaszedłem do kawiarni, zjeść pyszne śniadanie i napić się wspaniałej miejscowej kawy. Podczas długiego spaceru po centrum miasta podziwiałem m.in. katedrę
i imponujący kościół Templo de Santo Domingo, który otoczony jest pełnym życia targiem różności.

Jako że jestem wielkim adoratorem meksykańskiego jedzenia, nie omieszkałem spróbować oferowanych na ulicznych stoiskach smakołyków. Pierwsze wrażenia? Wow! Nareszcie dotarłem do Meksyku! Proste uliczne jedzenie nie dosyć że pyszne, to jeszcze jest strasznie tanie. W przeliczeniu na polską walutę jeden mały taco potrafi kosztować 1,50zł! Żeby się najeść trzeba by zjeść takich pięć, ale dla samego spróbowania jest to porcja idealna.

Popołudniu odwiedziłem Centro de Desarrollo de la Medicina Maya, bardzo interesujące muzeum dotyczące majów. W Chiapas żyje spora ich liczba. Mają własne zwyczaje, tradycje, legendy. Muzeum odwiedzić warto co najmniej po to, by zobaczyć drastyczny film przedstawiający unikalny sposób w jaki majańskie kobiety rodzą dzieci.

Wieczorem wsiadłem do nocnego autobusu. Dawno nie siedziałem w tak ekskluzywnym autokarze – ostatnio chyba w Peru, gdzie sieć linii autobusowych jest bardzo rozwinięta. Podróż do oddalonej ponad półtora tysiąca km stolicy trwać będzie 19 godzin. W sam raz na porządny sen.

27. Gwatemalski tranzyt

Posted in Wyprawa on maj 26th, 2011 by Kasper – Komentarze są wyłączone

Po wystukaniu numeru w budce telefonicznej byłem mocno zdziwiony – choć kobieta, do której się dodzwoniłem była chyba zdziwiona bardziej. Łączyłem się z nią kilka razy, a ona notorycznie odwieszała słuchawkę. Ni w ząb nie mówiła po angielsku. Musiałem skapitulować. Cóż, to chyba nie był Amerykanin, z którym chciałem się połączyć! A wszystko przez to, że źle zanotowałem numer telefonu Boba – bez jednej cyfry. Zmęczony, z ciężkim bagażem, musiałem więc przejść kilka przecznic wielkiego, nieznanego mi miasta, w poszukiwaniu kafejki internetowej. W końcu udało się i w sieci znalazłem właściwy numer.
- Będę wieczorem, po pracy. Bardzo ciężki masz plecak?
- Nie, to znaczy tak, dość ciężki, zależy…
- Chodzi mi o to, czy się nie przewrócimy na skuterze… Dobra, jakoś damy radę. Do zobaczenia.
Już nie pamiętam czy minęła godzina, czy może dwie, ale zadomowiłem się w tej kafejce. Właścicielka lokalu oprócz tego, że pożyczyła mi swój telefon, pilnowała też moich rzeczy, gdy poszedłem coś zjeść (przepyszne gringas w budce z żarciem przed kościołem). A gdy zapadła ciemna noc i musiała już zamykać kafejkę, stwierdziła, że w okolicy jest niebezpiecznie i udzieliła mi schronienia do czasu, aż przyjechał Bob.

- Mieszkam dość daleko stąd. Hmm… Którędy najlepiej teraz jechać… – zastanawiał się mój znajomy, podając mi kask. Obok przejeżdżała taksówka, więc o podpowiedź poprosił kierowcę. Taksówkarz zaproponował, żeby jechać za nim. I tak jechaliśmy kawałek za jego autem, lecz w pewnym momencie Bob przeklął i gwałtownie skręcił, a taksówka pojechała prosto.
- Ej, co się stało?
- Widzisz tę tabliczkę z nazwą dzielnicy? …Wolę tam nie wjeżdżać o tej porze. Ciekawe czy ten taksówkarz zrobił to celowo. Może specjalnie chciał nas tamtędy przeprawić… W każdym razie jest to najniebezpieczniejsza część miasta.

Jechaliśmy bardzo długo i szybko, tak że plecak strasznie mi ciążył pod naporem powietrza. Z trudem utrzymywałem się na skuterze. Rozświetlające czarną noc miriady migoczących świateł domów i ulic towarzyszyły nam przez wiele kilometrów. Spoglądając na nie, zdałem sobie sprawę z tego, jak wielkie jest to miasto. Mieszkają tu 3 miliony ludzi.
W mieście Gwatemala, stolicy państwa o tej samej nazwie, przyjdzie mi spędzić niewiele czasu. Za kilka dni muszę się pojawić na lotnisku oddalonym półtorej tysiąca kilometrów stąd. Dlatego Gwatemalę tylko przejadę, odwiedzając symbolicznie jedno lub dwa miejsca, atrakcje.

Bob jest Amerykaninem, a jego żona Gwatemalką. Byli dla mnie bardzo mili. Miałem okazję przekąsić u nich sałatkę mięsną salpicón i pączki kwiatów loroco (przysmak tej części kontynentu). Choć niestety nie miałem czasu na zwiedzenie miasta (nie wliczając obserwacji ulic podczas kilometrów szalonej nocnej jazdy na skuterze), poznałem grupkę znajomych moich gospodarzy – nocą pojechaliśmy bowiem na prywatkę. Przyjęcie odbywało się w mieszkaniu w wieżowcu. Kolejna to przygoda, która powiększa skalę różnorodności mojej wyprawy, jako że uczestnikami przyjęcia byli ludzie zamożni. Nie wiem, czy słowo “śmietanka” byłoby tu odpowiednie – może i nie – tak czy owak było to coś odmiennego od tego, co przeżyłem w ostatnich tygodniach.

Nazajutrz rano żona Boba podwiozła mnie do Antiguy. Nad dawną stolicą, założoną w 1543 roku, górują trzy wulkany. Każdy wznosi się niemal cztery tysiące metrów n.p.m.! Widok jest wspaniały, choć teraz, w porze deszczowej, wierzchołki gór przez większość czasu spowite są chmurami. Obecna nazwa miasta w pełnej postaci brzmi La Antigua Guatemala, co oznacza “stara Gwatemala”. Nazwa ta przyjęła się w kilka lat po trzęsieniach ziemi 1773 roku, po których stolicę przeniesiono do obecnej, “nowej” Gwatemali. Dziś raczej nie rozwija się tej nazwy ponad jeden wyraz – Antigua, czyli “Stara”.

Jest to miasto bardzo schludne i ludne. Sprawia wrażenie bogatszego niż wszystkie inne odwiedzone przeze mnie w Nowym Świecie. Turystów – multum. Miasto jest wręcz opanowane przez przybyszy ze Stanów, Europy itd. Pełno tu zachodnich w stylu kawiarni i restauracji – także tych wysokiej klasy, a agencje turystyczne i hotele są niemal na każdej z ulic. Odbywa się tu sporo dużych i małych wydarzeń kulturalnych (targetowanych rzecz jasna na turystów, a nie miejscowych). Sklepy są dobrze zaopatrzone w produkty z całego świata. Widziałem tylu turystów, że odniosłem wrażenie, że w centrum trudno znaleźć rodowitych mieszkańców!

Antigua pełna jest wspaniałej architektury. Większość z zabytkowych budynków pochodzi z czasów świetności miasta, XVII i XVIII wieku. Co prawda w 1773 roku spora ich ilość uległa zniszczeniu w skutek wspomnianych trzęsień ziemi, ale wiele budynków z upływem lat odbudowano tak, że dziś znów cieszą oko. Część zaś pozostawiono w ruinie i w tym to stanie można je ogladać obecnie; oczywiście za odpowiednią opłatą.

Po południu skorzystałem z usługi lokalnej agencji turystycznej i wybrałem się na krótką wycieczkę za miasto. Posiadający 2552 m. n.p.m. wulkan Pacaya wybuchł przed kilkoma tygodniami, był więc “jeszcze ciepły” i wycieczka zapowiadała się na ciekawą. Troszeczkę denerwowali mnie wygłupiający się turyści, z którymi musiałem dzielić przestrzeń w busiku podczas godzinnej jazdy z miasta pod wulkan, ale jakoś wytrzymałem.
Po krótkim marszu z parkingu dotarliśmy w pobliże szczytu. Po drodze minęliśmy budynek przypominający betonowe sito. Został podziurawiony skałami, które wzleciały w niebo w momencie wybuchu. Taki widok przypomina, że z naturą naprawdę nie ma żartów. Przewodnik doprowadził nas do żlebu wyściełanego wyciekłą z wulkanu zastygłą magmą, co było celem marszu. Jeszcze kilka dni temu można było oglądać tutaj czerwone języki lawy. Niestety, teraz wszystko już powoli dogasało i nam dane było zobaczyć “jedynie” zastygający, czerniejący kamień i unoszące się nad nim kłęby pary. Taka zastygła lawa wciąż jest jeszcze ciepła, ale już na tyle skamieniała, że można jej dotknąć, a nawet się po niej przejść. Łaziliśmy więc chwilę, zaglądając w drobne szczeliny z których buchało gorąco. Nad niektórymi smażylismy sobie nabite na patyki pianki marshmallow, co wyglądało dość zabawnie.

Późnym wieczorem byłem już z powrotem w mieście. Nieco się wyludniło i znów obszedłem starówkę, podziwiając architekturę. Nocą, spacerując w ciszy i samotności, można zapomnieć o “turystyczności” tego miejsca i docenić piękno Antiguy.
Zgłodniałem i zaszedłem do knajpki z salwadorskim jedzeniem. Jak już wspomniałem, mam już niewiele czasu do odlotu. Z Antiguy jadę już prosto do Meksyku. Z żalem muszę więc odpuścic sobie odwiedziny Salwadoru podczas tej wyprawy. Zjadłem jednak pupusę i wypiłem Goldena (marka piwa) – miałem więc swoją małą namiastkę tego kraju. Pupusa to w końcu narodowe danie Salwadoru. Na pierwszy rzut oka wygląda jak każda inna tortilla, tyle że jest grubsza – zawiera bowiem farsz. Placek z mąki kukurydzianej nadziewany jest serem oraz fasolą, mięsem i/lub kwiatami loroco. Pupusę podaje się zazwyczaj z kapuchą zwaną curtido. Kolejny to przykład na to, jak przy wielkiej prostocie kuchnia środkowoamerykańska potrafi być jednocześnie bardzo różnorodna.

Gdy wczesnym rankiem wsiadałem do busika kierującego się do San Cristóbal de las Casas, nie wiedziałem jeszcze jak długo trwać będzie ten przejazd. Antigua i San Cristóbal leżą w odległości 320 kilometrów. Według rozkładu trasa ta miała być pokonana w 7 godzin. Ostatecznie podróż trwała o wiele dłużej… A wszystko dlatego, że po drodze kilkakrotnie zatrzymywały nas (i dziesiątki innych pojazdów) lawiny błotne. W ostatnim czasie obficie padało i znajdujące się nad szosą wzgórza w paru miejscach się osunęły. By ruszyć dalej, trzeba było odczekać czas potrzebny służbom porządkowym na przerzucenie dostatecznej ilości ziemi poza jezdnię. Nie było jak objechać zawaliska – droga położona jest na półce skalnej. Niektóre rumowiska były niewielkie i ich oczyszczenie szło sprawnie, ale w przypadku kilku z nich trwało to szczególnie długo. Szczęsliwie miałem sympatycznych współpasażerów i nie nudziłem się. Był wśród nich pewien młody francuz, z którym przegadałem sporą część czasu. Jedno zawalisko okazało się tak ogromne, że nasz kierowca wstał, kazał nam wyjść z busika i iść za sobą:
- Przejdziemy pieszo. Po drugiej stronie będzie czekał mój kolega, z innym busikiem naszej agencji. Z nim pojedziecie państwo dalej!
Szliśmy gęsiego za gorączkowo dyskutującym przez telefon kierowcą. Wszędzie był straszny tłok, mnóstwo osób stało przy samochodach. Czekali na poprawę sytuacji, lub tak jak my próbowali przedostać się na drugą stronę piechotą. Zrobił się straszny harmider. Gwar urozmaicony był odgłosem kółek ciągniętych przez turystów bagaży. Wiele osób dyskutowało ze sobą po hiszpańsku, niektórzy po majańsku. Wtedy to po raz pierwszy miałem okazję się temu ostatniemu językowi przysłuchać. Na trawie siedzieli starsi państwo i narzekali pod nosem. Przystanąłem obok i chwilę słuchałem ciekawego brzmienia ich mowy. Jest dosyć specyficzne – to jakby ciche popiskiwanie. Doszliśmy do osuwiska. Trzeba było przeskoczyć kilka pniaków i uważać, żeby nie ubrudzić się za mocno błotem podczas pokonywania sporego zwału ziemi. Wśród nas było kilka starszych pań, ale jakoś pomogliśmy im przejść.
- Niestety, mojego kolegi jeszcze nie ma. Jedzie, ale jest wciąż dość daleko stąd. – przyznał nasz kierowca, odkładając komórkę do kieszeni – Proszę podjąć decyzję: albo czekamy tutaj, albo wsiadamy w ten lokalny autobus – tu wskazał podjeżdżający właśnie pojazd – kupujemy bilet i podjeżdżamy kawałek. Zbliżymy się wtedy do mojego kolegi.
Zdecydowaliśmy, że podjedziemy. Wepchnęliśmy się jakoś do środka i usiedliśmy z bagażami na kolanach. Nasz dotychczasowy kierowca umówił się gdzieś telefonicznie z tym drugim i w końcu znaleźliśmy się w nowym busiku. Nie był to jeszcze koniec przygód, ale większy zwał ziemi już się na trasie nie zdarzył. Kolejne były mniejsze i usuwane szybko. Minął już kawał dnia, więc odpowiednie służby zdążyły już dojechać w większość miejsc. W pewnym momencie górzysty teren się skończył i wraz z nim problem lawin. Późnym popołudniem dotarliśmy na granicę gwatemalsko-meksykańską. Przeprawa przeszła stosunkowo szybko i ruszyliśmy dalej. “A więc to już ostani kraj na mojej trasie” – pomyślałem. W sumie w ciągu ostatnich 3 miesięcy odwiedziłem ich 9. Zanim dotarliśmy do San Cristóbal, zdążył zapaść zmierzch. W sumie cała podróż z Antiguy trwała prawie dwanaście godzin. To cholernie długo jak na trzysta kilometrów, prawda?

[Za trzy tygodnie premiera naszego filmu. Czas oczekiwania urozmaicimy Wam ostatnimi relacjami z podróży Kaspra przez Amerykę Środkową (lato 2010). Oprócz powyższego, do opublikowania zostały jeszcze dwa teksty, oba dotyczące Meksyku. Bądźcie z nami! PS Autor przeprasza za jakość i ilość zdjęć - niestety uzbrojony był tylko w aparat w komórce!]

Premiera “Transandino” 16 czerwca!!

Posted in Film, Patronaty, Wyprawa on maj 17th, 2011 by admin – Komentarze są wyłączone

16 czerwca o godzinie 20:00, w poznańskim kinie Muza, odbędzie się wydarzenie obejmujące pokaz filmu „Transandino”, prelekcje na temat Centralnej Kolei Transandyjskiej i jej konstruktora Ernesta Malinowskiego i oraz wernisaż wystawy fotografii z podróży po Peru.

Słowo wstępne wygłosi Konsul Honorowy Republiki Peru – Kajetan Pyrzyński , a postać słynnego polskiego inżyniera przybliży jego biografka, dr Danuta Bartkowiak. Ryszard Pyssa, dyrektor poznańskiego Zespołu Szkół Komunikacji, opowie o arcydziele techniki inżynierskiej jakim jest Kolej Transandyjska.

Wstęp wolny!
Serdecznie zapraszamy!

26. Paryż dawnych Majów

Posted in Wyprawa on maj 16th, 2011 by Kasper – Komentarze są wyłączone

U bramy wejściowej do parku archeologicznego Copán byłem pierwszy tego dnia. Specjalnie wstałem na tyle wcześnie, by móc szybko dojść na miejsce, zaraz po otwarciu kas kupić bilet i tuż po otwarciu bramy przekroczyć teren zabytku. Cały obszar przeznaczony do zwiedzania porośnięty jest równiutko przyciętą trawą, przypominającą murawę boiska do piłki nożnej. Poranne słońce odbiło się od niej, wyostrzając jej zieleń – tak, że z malachitowej przeszła w jaskrawą, limonkową.
Szedłem szeroką aleją, zamkniętą z dwóch stron gęstym lasem. Zbliżałem się do jakiegoś większego placu. Szybko zdałem sobie sprawę z małej gafy – nieodpowiedniego obuwia. Murawa po której stąpałem była bowiem rzęsiście skropiona rosą. No tak – poranek, rosa. Mogłem to przewidzieć. Spojrzałem na buty powoli zamieniające się w mokrą gąbkę i obrastające brązową otoczką z błota. Psia krew. Nagle głośne krakanie zwróciło moją uwagę i spojrzałem w górę i przed siebie – to klucz olbrzymich czerwonych papug przelatywał między koronami drzew i dalej, nad pokrytymi mchem kamiennymi piramidami! Nie małe papużki (hiszp. loro, ang. parrot), ale wielkie papugi (hiszp. guacamayo, ang. macaw, u nas zwana arą)! Znikły gdzieś nad drzewami, a mój wzrok powędrował na kompleks świątynny wybudowany przez dawnych Majów. Nad placem dominują dwie schodkowe piramidy. Pod nimi osobnymi ogrodzeniami wydzielono wolnostojące posągi. Stele przedstawiają królów którzy panowali w Copán. O ile Tikal w Gwatemali słynie z piramid, a Palenque (dziś na terenie Meksyku) z wapiennych reliefów, honduraskie Copán słynie właśnie z rzeźb. Na mnie wrażenie zrobiły nie tylko posągi, ale także budynki. Całość jest wspaniała. Wrażenie dodatkowo potęgowane było brakiem innych turystów. Trawa co prawda jest pedantycznie równo przycięta, ale cały kompleks otoczony jest dość gęstym lasem i feerią odgłosów zwierzęcych i owadzich, przez co odnosi się wrażenie dawności tego miejsca. Tutaj, we wspaniałym mieście otoczonym dziewiczą dżunglą, żyli niegdyś Majowie – tego rodzaju myśli przewijają się w głowie, gdy patrzy się dziś na Copán.

Szacuje się, że ten teren zamieszkany by już tysiąc lat przed naszą erą, ale lata jego świetności miasta przypadły na cztery stulecia, podczas których panowała dynastia władców założona przez króla K’inich Yax K’uk’ Mo’. Wstąpił on na tron w roku 426 n.e., czyniąc Copán swoją stolicą. Miasto było jednym z najpotężniejszych ośrodków władzy, szybko stało się również wspaniałym ośrodkiem kulturalnym. Tutejsza sztuka (w szczególności rzeźba) osiągnęła taki stopień wyrafinowania, że dziś Copán nazywa się czasem „Paryżem świata Majów”. Na przełomie ósmego i dziewiątego wieku mieszkało tu aż 20 tysięcy ludzi. Wtedy też, po serii kryzysów politycznych i gospodarczych, a także wskutek przeludnienia i epidemii, nastąpiły cięższe czasy. Ostatni król panował w roku 822. Przez kilka następnych dziesięcioleci miasto powoli się wyludniało, a jego mury zarosły zielskiem i zapomniano o nim na długo.

Przechadzałem się pomiędzy posągami i budynkami, podziwiając m.in. boisko do gry w piłkę. Dziś rytualny sport Majów nazywany jest po hiszpańsku pelota, nazwą aztecką – ullamalitzli, lub nazwą współczesnej gry o podobnych zasadach – ulama. Nie do końca wiadomo jakimi zasadami rządziła się gra w tamtych czasach, ale to czego domyślają się historycy przypomina mi trochę grę w „dwa ognie”, a trochę „zośkę”.
Fenomenalne są uświetniające ścianę jednej z piramid słynne Schody Hieroglifów. Szkoda że dla ochrony przysłonięte są niezbyt estetycznym daszkiem. Na 63 stopniach wyrytych jest kilka tysięcy glifów, składających się na historię królewskiej dynastii Copán. To ponoć najdłuższy zabytek piśmiennictwa Majów.

Gdy zauważyłem, że z oddali zaczęli zbliżać się turyści, wspiąłem się na jedną z piramid, by eksplorować część kompleksu położoną po jej drugiej stronie. Skacząc po pokrytych mchami i pnączami skałach i wypatrując spomiędzy zwisających z drzew lian dalej położonych budynków, czułem się troszeczkę jak Indiana Jones. Szybko jednak starożytne miasto zapełniło się turystami i wrażenie prysło.

Powracając w kierunku wyjścia, zauważyłem atrakcję dodatkową – ścieżkę edukacyjną. Wąska ścieżynka wije się kilka kilometrów w głąb lasu i pętlą wraca na główny szlak. Przeciskając się między pniami drzew, krzakami i kałużami, przeskakując kamienie i odgarniając wszędobylskie pajęczyny, można się troszeczkę wczuć w skórę dawnego Maja. Po drodze znajdują się tablice informacyjne przybliżające dawne zwyczaje starożytnych.
Na koniec odwiedziłem wspaniałe muzeum, w którym umieszczone są ocalałe z Copán rzeźby i gdzie znajduje się także pełnowymiarowa replika świątyni Rosalila. Wybudowany w 571 roku oryginał znajduje się dziś pod jedną z piramid (Majowie nowe budowle wznosili na starych). Sala muzeum jest przestronna i robi duże wrażenie, tym bardziej że prowadzi do niej dość długi, ciemny tunel (z wejściem w postaci paszczy węża) – jakby muzealnicy chcieli nas przenieś w czasie.

Usatysfakcjonowany, wróciłem piechotą do pobliskiego miasteczka, Copán Ruinas, by pakować się do dalszej drogi. Wioskę zwiedziłem dzień wcześniej i zrobiła na mnie dobre wrażenie. Copán Ruinas to miasteczko właściwie zdominowane przez turystów, o atmosferze nieco podobnej do Zakopanego (choć to miejscowość o wiele mniejsza), ale mimo tej pozornej „turystyczności” jest tu całkiem sympatycznie. Ulic jest niewiele, a urokliwie kolonialna zabudowa jest bardzo niska, co przysparza miasteczku przytulności. Wieczorem wąziutkie i strome, brukowane uliczki wypełniają się zapachem ulicznego jadła. Słychać gaworzenie smażących tortille Indianek, na tłuszczu skwierczy mięso, czasem szczeknie pies. Światło sączy się z nielicznych latarni i zza okien restauracji, skąd dobywa się również muzyka i gwar rozmów siedzących w środku turystów z różnych części świata.

Sporo tu sklepików z pamiątkami, barów i hoteli. A także dwa ciekawe muzea. Dla dzieci przeznaczone jest Casa K’inich, gdzie w przystępny sposób przedstawiona została kultura starożytnych Majów. Wiele eksponatów jest interaktywnych, a najciekawszy jest chyba film z próbą rekonstrukcji starożytnej gry w piłkę. Z kolei w Museo de Arqueología Maya obejrzałem kilka przykładów majowskiej ceramiki i rzeźb, a także ciekawą wystawę czasową, traktującą o środkowoamerykańskim jedzeniu – produktach, potrawach, różnicach regionalnych (zrobiłem mnóstwo notatek!).

Wsiadając do busika jadącego do Gwatemala City myślałem o tym, jak różnorodny jest Honduras, jak wiele różnych ciekawych miejsc odwiedziłem w kilka przecież tylko dni. Wielkie metropolie jak Tegucigalpa i San Pedro Sula, tropikalne wybrzeże Karaibskie z wioskami ludów Garifuna, starożytne zabytki Copán. A przecież to tylko część tego, co kraj ten ma do zaoferowania.